czwartek, 5 listopada 2015

14.Kiken'na ame

Krople deszczu zaczęły stukać o szyby zmuszając wszystkich do pozostania w środku. Zresztą nikomu się nie śpieszyło. Wszyscy w zdumieniu wpatrywali się w mistrza. Starzec widocznie niepokoił się tym niespodziewanym opadem. Taka pogoda należała tu wprawdzie do rzadkości ale nie oznaczało to, że w ogóle się nie zdarzała.
- Nie rozumiem mamy walczyć z kropelkami – zdziwił się Happy który właśnie miał zamiar skonsumować trzymaną w łapkach rybkę.
Carla posłała mu karcące spojrzenie po czym podeszła do Laxusa.
- Mógłbyś wyjść i spróbować rozgonić chmury swym piorunem – spytała zaciskając przy tym pięści by nie dać się ponieść emocjom – jeśli ci się to nie uda będę miała już pewność, że to co widziałam nie było snem, tylko.. - nie bardzo wiedziała jak mu to powiedzieć. Przecież nie powinna go posyłać bez wyjaśnienia mu wszystkiego.
- Chcesz powiedzieć, że chmury mogą mi oddać – spytał blondyn , który jednak już podjął decyzję. Nie musiał na nią patrzeć by wiedzieć, że kiwnęła głową – muszę przyznać, że takiej walki nie miałem – po tych słowach wyszedł na coraz gęstszy deszcz. Nie był osobą, która działa w pośpiechu ale też nie zamierzał układać planu dla tak prostego zadania. Upewnił się tylko czy w pobliżu nie ma po czym wystrzelił piorun ku górze. Atak nie był silny ale bez problemu powinien poradzić sobie z pozoru tak banalnym zadaniem. Obserwował jak jego błyskawica nurkuje w chmurach i chwilę się po nich przetacza. Jednak nic się nie stało. Nieco zaskoczony chciał już powtórzyć cios, gdy usłyszał za sobą głos Mirajane.
- Laxus cofnij się – nie wiedział o co jej chodzi ale usłuchał.
Sekundę później w miejscu gdzie wcześniej stał spadł coś co można by porównać do niebieskiego wyładowania elektrycznego.
- Co to jest – zdziwił się cofając się do budynku. Wprawdzie to coś wyglądało na piorun ale jego zmysły podpowiadały mu, że nawet on nie może sobie pozwolić na trafienie.
Nim ktoś zdążył mu odpowiedzieć w ciemnych obłokach rozległ się śmiech. Zauważyli, że zaskoczeni tym mieszkańcy miasta zaczęli wyglądać ze swoich domów szukając źródła tego głosu. Najbliżej nich znajdował się mężczyzna w średnim wieku. Lucy rozpoznała w nim jednego z rybaków, którzy często ją upominali gdy spacerowała po murku dzielącym miejską ścieżkę od rzeki. Mieszkał kilka domów od niej i choć praktycznie się nie znali czasem kupowała od niego ryby, które w większości zjadał jej Happy. Nagle ciało jej sąsiada zadrżało, a on sam padł na ziemię.
- No widać, że mamy pierwszą ofiarę mojego deszczu – melodyjny głos ponownie rozległ się nad nimi – choć jestem zawiedziona, że nie jest to mag.
Nikt nie śmiał się poruszyć przez dobrą minutę. Teraz nie mieli wątpliwości, że był to kolejny atak. Chmury wiszące nad gildią zaczęły się zagęszczać, aż przybrały barwę bardzo ciemnej purpury.
- Nie ma na co zwlekać – oznajmił stanowczo mistrz – Freed natychmiast nałóż barierę z Jutsu Shiki na dzielnice mieszkalne. Wpuść tam jedynie Wendy i kilku innych, których zadaniem będzie pomoc już poszkodowanym. Wewnątrz bariery nie powinno wam nic zagrażać. Levy ty zacznij szukać słabych punktów tego deszczu. Jeśli chodzi o osoby walczące to do bitwy może stanąć każdy kto czuje się na siłach. Nie ukrywam, że sam nie wiem czym to się może skończyć, więc rozważnie przemyślcie swą decyzje – zakończył - nie wiemy gdzie jest nasz wróg ani kto mu towarzyszy więc podzielcie się na kilka grup i nich każdy pójdzie w inną stronę.
- Ja wam chyba nie pomogę – Lucy zwiesiła głowę, gdy wokół niej rozbrzmiała mieszanka głosów wahania i zdeterminowania – moje klucze, one.. - poczuła, że znowu zbiera jej się na płacz.
- Nie martw się - oznajmiła Erza przyzywając na siebie zbroję królowej mórz – Lisanna nam już wszystko wyjaśniła. Możesz być spokojna. Zrobimy wszystko by zwyciężyć.
- Tak – zdeterminował się Natsu – Nie ogarniam wprawdzie o co z nimi chodzi ale skoro nie idziesz to znaczy, że będzie więcej okazji do walk dla mnie.
- A czy przypadkiem woda nie jest twoją słabością – wtrącił kąśliwie Gray kierując się do wyjścia.
- A czy ktoś kto ciągle gubi ubrania powinien wychodzić w taką ulewę – Natsu nie zamierzał odpuścić.
- W przeciwieństwie do ciebie dobrze radzę sobie ze skrajnymi temperaturami – lodowy mag obrócił się ku smoczemu zabójcy gotowy do ataku.
- Co chcesz przez to powiedzieć – warknął Natsu szykując swój płomień.
- Dość – krzyknęła Erza uderzając obu po głowie – albo natychmiast wyjdziecie do walki z wrogiem albo zostajecie tu z Lucy.
Przerażeni cofnęli się natychmiast u siebie po czym nadmiernie demonstrując swą przyjaźń ruszyli do boju. Jednak wszyscy mogli usłyszeć jak po drodze spierają się kto, kogo pierwszy załatwi.
- Nie zwlekajmy – zawołał mistrz – wszyscy, którzy zdecydowali walczyć natychmiast przegrupować się i do roboty.
Nikt nie zwlekał z wykonaniem nakazu. Lada chwila później nad miastem rozbrzmiała syrena ostrzegawcza.

Popijając ciepły napój w niezbyt czystym barze Jellal wpatrywał się w magiczny ekran. Jedyną dobrą stroną zniszczenia rady było to, że teraz nikt za nim i Meredy specjalnie się nie oglądał. Nie oznaczało to jednak, że mogą sobie pozwolić na nieuwagę. Przed zmierzchem nie powinno ich już tu być.
- Chcemy was poinformować o tajemniczych chmurach zgromadzonych centralnie nad Mongolią. Wydzielają one duże dawki magicznej energii. Ich pochodzenie nie jest znane... - głos komentatora natychmiast przykul jego uwagę. Tam właśnie znajdowało się Fairy Tail. Tam była Erza. Natychmiast się poderwał z miejsca przewracając przy tym stół, który z trzaskiem runął na ziemie. Kilka osób spojrzało w jego stronę. Pech chciał, że w tym samym momencie jego kaptur osunął się odsłaniając jego twarz.
- Rusz się – warknęła Meredy wyciągając go siłą z pomieszczenia – Musimy uciekać. Co się z tobą ostatnio dzieje? Od igrzysk jesteś nie do wytrzymania – na niej też zamach na Ultear mocno się odbił ale mimo wszystko miała w sobie sil by iść dalej. Tylko tak mogli znaleźć coś by odwrócić złowieszczą klątwę jaką czarnowłosa została obłożona.
Jellal nie odpowiedział. Posłusznie szedł za młodą czarodziejką. To prawda od tego czasu praktycznie cały czas myślał o szkarłatnowłosej. Tym, że nie udało mu się jej pomóc. Tym, że gdyby czas się nie cofnął nie było by jej teraz z przyjaciółmi. To prawda, że gdy tylko miał czas wpatrywał się w kryształową kulę tylko po to by sprawdzić czy z jego ukochaną wszystko w porządku. Meredy już nie raz wygarnęła mu przez to obsesje. Jednak on nie mógł przestać myśleć o bezpieczeństwie Erzy. Wiedział, że jest silna ale wtedy ze smokami wystarczyła chwila by ją stracił. Taka sytuacja mogła się w każdej chwili powtórzyć, a on poprzysiągł sobie, że do tego więcej nie dopuści.

Natsu z pomocą Happy'ego leciał nad ulicami miasta. Po raz kolejny coś zablokowało jego smocze zmysły przez co nie miał pojęcia, gdzie szukać wroga. Irytowała go sama myśl, że Gray może go znaleźć przed nim. Lał siarczysty deszcz ale nigdzie nie było widać śladu kolejnego ataku. Nikt z nikim nie walczył. Bariera Freed'a dobrze chroniła domy zwykłych mieszkańców.
- Natsu, jak myślisz o co chodzi z tym deszczem – spytał Happy obniżając lot – Nikt z nas nie stracił przytomności jak ten rybak.
- A skąd ja mam wiedzieć – prychną smoczy zabójca – teraz mnie tylko obchodzi by skopać temu komuś dupsko nim ktoś inny to zrobi – łatwo było się domyślić, że już sama myśl o pojedynku go ekscytuje – tak czy inaczej...
Nie miał możliwości by skończyć. Skrzydła Happy'ego niespodziewanie znikły a ich dwójkę powitało bolesne zderzenie z ziemią.

Erza i Kaishi wbiegli na rozległy plac miejski. Zwykle o tej porze stał tu rynek ale ze względu na obfity deszcz i podniesiony alarm nikogo nie zastali. Jedyne co było słychać to szum wiatru.
- Chyba nikogo tu nie ma – stwierdziła Erza - Idziemy dalej czy zaczekamy?
- Deszcz wszędzie ten sam – spróbował zażartować Kaishi zakrywając dłonią głowę – Komuś chyba mocno zależy byśmy zmokli ale jaki ma w tym cel?
Postanowili iść wzdłuż drogi rozglądając się dokoła. Deszcz nie zamierzał ustąpić ale zaczęli dostrzegać wyrwę w chmurach przez którą wpadała plama słońca. W normalnych okolicznościach nikt nie zwrócił by na to uwagi ale teraz, w obliczu ataku na miasto, nie mogli tego zignorować. Przeczucia ich nie zawiedli. Gdy podeszli bliżej zauważyli zarys postaci przypominającej ludzką . Cień poruszał się nad chmurami, a po chwili usłyszeli chichot. Ten sam co zaraz po tym jak zauważyli padającego rybaka.
- Kim ty jesteś i czego chcesz od Fairy Tail – zawołała Erza nie kryjąc złości.
Odpowiedział jej kolejny chichot. Cień zaczął się przesuwać. Ruszyli za nim ale wtedy z chmur spadło kilka zielonych kul. Po zetknięciu z ziemię uformowały kilka galaretowatych mas. Dziwnym tworom zaczęły świecić się oczy po czym ruszyły na dwójkę magów.
- Co to do diaska jest – spytała Erza dobywając swego miecza.
- Coś co trzeba rozwalić – stwierdził bez namysłu Kaishi formując w dłoni kule energii.

Gajeel krążył wokół gildii. Nieustający opad działał mu na nerwy. Co chwila spoglądał ku dachowi budynku z którego Laxus bezskutecznie starał się rozpędzić chmury swymi błyskawicami.
- Dlaczego nie pójdziemy dalej – spytał Pantherlily w swej bitewnej formie opierając się o drzwi gildii – Wątpię by wróg był na tyle bezczelny by podejść tutaj. Zresztą dzięki runom Freed'a tylko członkowie Fairy Tail mogą wejść do środka.
- Odczep się – warknął metalowy zabójca smoków rozglądając się po okolicy. Raz po raz starał się posłużyć swymi rozwiniętymi zmysłami ale nadal pozostawały nieaktywne. Nie wiedział co wkurza go bardziej. To że nie może posługiwać się nimi, czy to że nadal nie wiedział z kim walczą – Nie możemy być niczego pewni. Mam swoje powody i nie zamierzam się oddalać, jasne? - dodał nieco zbyt pochopnie. Czarny Exceed spojrzał na niego zaskoczony ale nie odpowiedział. Wiedział, że i tak go do niczego nie przekona.

Mirajane, Elfman oraz Lisanna wyszli na polanę graniczącą z Magnolią. Trawa była rozmokła i co chwila się na niej ślizgali. Ich zadaniem było sprawdzenie jak daleko sięgają owe chmury. Zdaniem Levy było to jej niezbędne to zlokalizowania słabych punktów. Zauważyli, że chmury zaczęły stopniowo jaśnieć ale nadal nie było widać ich końca.
- Zbliżamy się już chyba do końca – zauważyła Lisanna kończąc wypowiedź cichym kichnięciem. Wszyscy już przemokli do suchej nitki.
- Jesteś pewna, że nie chcesz zawrócić – spytała troskliwie Mirajane siostrę ale ta pokręciła tylko głową.
- Jest w porządku – zapewniła – tylko trochę zmarzłam.
- Nasza siostra jest bardzo męska – wykrzyknął Elfman klepiąc ją w plecy tak intensywnie, że drobna dziewczyna zachwiała się na nogach.
- Spokojnie braciszku, to nie czas na... - niespodziewanie zderzyła się z niewidzialną barierą.
Odsunęła się o kilka kroków pocierając sobie głowę, która najbardziej ucierpiała. Nie przypominała sobie by Freed mówił o nałożeniu jej tutaj. Jego magia miała chronić tylko dzielnice w których zamieszkiwali obywatele miasta. Nie chcieli przecież zamknąć tu wroga wraz ze sobą.
- Wygląda na to, że otacza duży teren – stwierdziła barmanka idąc z ręką wzdłuż niewidzialnej ściany, której końca nie mogła wyczuć.
- Ale nadal nikogo tu nie ma, prawda? – zauważyła Lisanna przystając i rozcierając sobie ramiona. Czuła, że przez ten cały deszcz od grypy już nie ucieknie. Przywykła do tego, że jest najsłabsza i najdelikatniejsza z rodzeństwa ale mimo wszystko chciała dać z siebie wszystko by im pomóc.
- Myślisz się maleńka – zza chmur zaczęła się wyłaniać drobnej budowy, kobieca postać z wielkimi skrzydłami starczymi z pleców, które do złudzenie przypominały smocze. Na oko można by stwierdzić, że miała nie więcej niż szesnaście lat ale energia, którą wydzielała była niemal namacalna.

Gray biegł wzdłuż głównej drogi. Jemu również nie dane było jeszcze spotkać przeciwnika. Podejrzewając, że tutaj nikogo nie znajdzie zamierzał skręcić i wtedy niespodziewanie zderzył się z Juvią.
- Przepraszam – wyszeptał automatycznie – nic ci się nie stało? Znalazłaś coś?
- Nie – zaprzeczyła, a maga zaskoczył fakt, że wcale się do niego nie przymilała. Nawet na niego nie patrzyła. Wzrok miała utkwiony w chmurach – ale ten deszcz, Juvia odkryła co może...
Nim skończyła mówić momentalnie zachwiała się na nogach i upadła nieprzytomna na ziemię. Zderzając się z nią jej ciało wydało ciche plaśnięcie.
- Co ci jest – krzyknął zaniepokojony Gray. Chciał podnieść ją ale ledwo zbliżył rękę ta utonęła w jej rozmokłym ciele. Była teraz tak wodnista, że nie mógł nic zrobić. Chciała mu właśnie przekazać coś ważnego i na chwile przed tym zesłabła. Kucnął przy niej wiedząc, że nie może zostawić jej tu samej. Nie zwlekając wystrzelił w niebo lodową lace. Wiedział, że dla pewności są obserwowanie przez Cane ale chciał by jak najszybciej wysłano tu Wendy. Byli bardzo blisko dzielnicy mieszkalnej i to na jej pomoc liczył teraz najbardziej. Nikt bowiem nie da rady nawet teraz przenieść wodnej kobiety w bezpieczniejsze miejsce.
- Zaraz kogoś do was wyślemy – usłyszał telepatyczny przekaz Rocko – gorzej, że nie jesteście sami. Wyczuwam kilka nieznanych mi celów blisko was. Prawdopodobnie należą do gatunku tych z którymi walczą teraz Erza i Kaishi.
Nie musiał pytać o kogo chodzi. Nim telepata zakończył przekaz zza rogu wyłoniła się gruba galaretowatych, zielonkawych mas.

Teraz mogli się, jako pierwsi, dokładnie przyjrzeć osobie odpowiadającej za atak. Była stosunkowo niska, może o głową wyższa od Wendy ale dobrze zbudowana. Drobną, ale umięśnioną sylwetka spowijała jedynie cienka, granatowa bluza z krótkimi rękawami oraz zgrabną czarną spódniczkę. Na twarzy miała miły uśmiech lecz w oczach czaił się psychopatyczny błysk, który częściowo zasłaniały opadające na twarz intensywnie niebieskie włosy. Jedynak tym co najbardziej przykuwało uwagę była para smoczych skrzydeł stercząca z jej pleców.
- Czy ty jesteś – zaczęła ostrożnie Lisanna – smoczym zabójcą?
- No proszę jednak umiecie myśleć logicznie – zaśmiała się dziewczyna – słyszałam, że i u was są jacyś. Przyznam, że bardzo bym chciała się z nimi spotkać.
Mówiła spokojnie, a jej oczy z radością obserwowały teren i rodzeństwo magów. Zachowywała się tak jakby zupełnie nie zdawała sobie sprawy, że przeprowadza groźny atak. Minęła dłuższa chwila, a ona nie wykonała żadnego ruchu.
- Czekaj, czy chcesz przez to powiedzieć, że zaatakowałaś nas bo chciałaś zobaczyć się właśnie z nimi – spytała Lisanna siląc się na spokój.
- Aha – błękitnowłosa skinęła radośnie głową. Gdyby spotkali ją w innych okolicznościach nigdy by nie przepuszczali, że może stać za czymś takim – Myślałam, że może być zabawnie – zachichotała.
- Jaki masz w tym męski cel – Elfmen niezbyt poradnie starał się uszanować swój niepokój „męskimi” okrzykami. Niepokój, który teraz wszyscy czuli.
- Cel – zdziwiła się smocza zabójczyni przykładając koniuszek palca do ust jakby się na czymś usilnie zastanawiała – ja nie mam celu. Szefuńcio wprawdzie ma ku wam jakieś zamiary ale pozwolił mi się trochę zabawić. Pod warunkiem, że za bardzo nie narozrabiam.
- Nikt nie zabrania ci dobrze się bawić – Mirajane spokojnie zbliżyła się do niej – ale nie kosztem innych – po tych słowach przyjęła jedną z swych demonicznych form – i jeśli natychmiast nie zaniechasz tego działania będziemy musieli cię powstrzymać siłą.
- Więc, tak stawiacie sprawę – w dotąd łagodnych oczach dziewczyny pojawił się ostrzegawczy błysk – szkoda bo chciałam uniknąć większych ofiar.

Cała podłoga gildii zastawiona była najróżniejszymi księgami i zwojami. Levy z uporem wyszukiwała zaklęcia, które pomoże im się uporać z owym deszczem. Znalazła kilka opisów podobnych sytuacji w dawnych czasach ale żaden z nich nie mówił jak to powstrzymać. Nigdy nie czuła się tak przyparta do muru przez swoją niewiedze. W kącie stał Warren Rocko w każdej chwili będąc gotowy połączyć ją swą telepatią z każdym z towarzyszy. Frontowe drzwi otworzyły się wpuszczając do środka zimne powietrze.
- Już nie dam rady – powiedział Laxus. Faktycznie wyglądał na wyczerpanego. Ledwo stał na nogach opierając się o framugę – a gdzie dziadek? - spytał uświadamiając sobie brak staruszka – kogo, jak kogo ale jego w schronie się nie spodziewałem.
- Powiedział, że koniecznie musi coś sprawdzić – odparła Cana wpatrując się w są magiczną kulę. Lacrima, którą się posługiwała różniła się od tej używanej przez Ultear. Była nieco mniejsza i służyła jedynie do oglądania tego co się dzieje na terenie Magnolii. Obecnie jednak była najbardziej użytecznym przedmiotem. Dzięki niej wiedziała co się dzieje z jej towarzyszami – I zamknij te drzwi – prychnęła – jeśli chodzi o mnie to kataru nie zamawiałam – po tych słowach upiła solidny łyk alkoholu z beczki.
- Zużyłem prawie całą moc magiczną, a te chmury nie dają za wygraną – westchnął blondyn – a wy znalazłyście już coś? Inni się trzymają?
- Nie jestem w stanie znaleźć nawet odpowiedzi z jakim konkretnie czarem mamy to czynienia. Nie wygląda to ani na tworzenie, ani na coś bezpośrednio wysysającego magię – McGarden odłożyła na bok kolejną księgę.
- Jeśli chodzi o walczących to Juvia jest nieprzytomna ale chroni jej Gray. Zarówno oni jak i oddział Erzy i Kaishi'ego są otoczeni przez jakieś glutowate stwory ale sobie radzą. Natsu zaliczył glebę bo Happy stracił skrzydła ale nic im nie jest. Inni dotychczas nic nie spotkali... - mówiła Cana przesuwając obraz w kuli lecz w pewnym momencie głos jej zamarł w gardle – chyba nasze rodzeństwo spotkało odpowiedzialnego za atak – po tych słowach odsunęła się by pokazać im obraz, który ujrzała.
Natsu podniósł się i otrzepał z kawałków ziemi. Miał szczęście, że rozmokła co uchroniło go przez poważniejszym urazem. W ramionach trzymał Happy'ego. Exceed był przytomny ale wyraźnie czymś osłabiony.
- Co ci jest – potrząsnął i tak już skołowanym kotem – no weź nie żartuj.
- Natsu nie wiem co się stało – wybełkotał.
- Spokojnie – położył mu rękę na głowie – teraz musimy...
Natsu natychmiast idź na polanę. Wiesz którą. W głowie rozbrzmiał mu głos przerażonej Levy. Lisanna może mieć kłopoty.

Erza raz po raz cięła galaretowate stwory swoim mieczem. Dużo to jednak im nie robiło. Ich dziwne ciała natychmiast się ze sobą ponownie łączyły. Kaishi też nie miał lekko. Jego fale wprawdzie powodowały, że stwory wybuchały ale ich części natychmiast się ze sobą powtórnie scalały.
- Ależ irytujące – stwierdził próbując odepchnąć kolejne.
- Nie musisz mi mówić – warknęła szkarłatnowłosa tnąc kolejne.
W natłoku wrogów wykonała zbyt raptowny ruch i pośliznęła się na rozmokłej ziemi. Upadła uderzając bezpośrednio w jednego z potworów. Wtedy coś zauważyła. Mimo, że miał on idealną okazję by ją zranić zupełnie nic nie robił poza upartym zagradzaniem drogi swym masywnym ciałem.
- Dziwne one raczej nie chcą nas zranić – stwierdziła podnosząc się znów do pozycji pionowej.
- W takim razie po co one tu są – spytał Kaishi.
- Zostaje tylko jedna opcja – Erza zmarszczyła brwi – chcą nas spowolnić. Pytanie powinno brzmieć tylko przed czym.
- Może nasz przeciwnik chce w ten sposób zaznaczyć z kim tak naprawdę ma ochotę się zmierzyć – zasugerował jej towarzysz.

Podobną sytuacją mógł się pochwalić Gray. Jako, że musiał chronić wciąż nieprzytomną Juvię jego ruchy były dość ograniczone. Dodatkowo nie mógł się skupić na walce bo jego myśli krążyły wokół ostatniego zachowania niebieskowłosej dziewczyny. Od niedawna nie wykazywała nim większego zainteresowania. Nie rzucała się z niego z zaskoczenia, nie czaiła się w najmniej spodziewanych przez niego zakamarkach, nie rzucała się z wściekłością na swoje rzekome „rywalki”. Była niespodziewanie normalna i to go właśnie niepokoiło.
- Co tu się ostatnio dzieje – warknął zamrażając jednego z otaczających go stworów.

Słysząc zduszony krzyk Levy Gajeel bez wahania wbiegł do gildii ledwo nie tratując po drodze Lily'ego. Drobna czarodziejka stała z ręką opartą o ramię Rocko za jego magi przekazując jakiś komunikat. Wyglądała na roztrzęsioną.
- Czy ktoś zginą – spytał sam się dziwiąc trosce jaka rozbrzmiała w jego głosie. Levy jednak zaprzeczyła ruchem głowy.
- Na razie nie, ale nie będę ukrywała, że mamy kłopoty – Cana nie odrywała wzroku od kuli.
Wewnątrz niej widniał obraz rodzeństwa Strauss w towarzystwie osoby, która najbardziej przykuwała wzrok. Najbardziej zainteresowany wydawał się Gajeel. Intensywnie wpatrywał się w skrzydła nieznanej dziewczyny.
- Usłyszeliśmy tylko jak przyznaje, że jest smoczym zabójcą ale magia, którą się posługuje wydaje się być znacznie inna – podsumowała Alberona.
- Metalicana kiedyś mi mówił, że gdy osiągnę szczyt swych smoczych umiejętności będę mógł bez problemu kontrolować swój żywioł – westchnął po długim milczeniu Redfox – Nigdy jednak nie spotkałem, ani nawet nie słyszałem o kimś kto mógłby tego dokonać.
- Mnie z kolei interesuje czemu wysłałaś tam Natsu – wtrącił Lily – wszyscy znamy jego siłę ale inni są zdecydowanie bliżej. Nie zapominając jeszcze o tym, te zmysły smoczych zabójców ponownie coś zablokowało co tylko utrudni mu znalezienie Miry i jej rodzeństwa.
- No tak wy jeszcze nie wiecie – westchnęła Levy – Nie wiecie co się stało tuż przed tą feralną misję na której rzekomo zginęła Lisanna. Nie wiecie co nadal dręczy Natsu.

Lisanna stała nieruchomo zaciskając pięści. Jej ciało raz, po raz przeszywały dreszcze przerażenia. Nawet nie walcząc wiedziała, że nie dorównuje jej siłą. Nie chcąc przeszkadzać w walce odsunęła się do tyłu. Zauważyła, że siostra posłała jej przelotny uśmiech. Mirajane zawsze się o nią martwiła. Zauważyła, że zawsze była przez nią chroniona. Nieważne czy chodziło o atak, czy zwykłą misję. Nigdy nie chciała, by to właśnie ona walczyła. Zawsze kazała jej się trzymać z tyłu, a gdy napotykali walkę miała się ukryć. Przeczuwała, że nadal się zadręcza tą sprawą z Edolas i jej dwuletnim zniknięciem i mimo że wielokrotnie zapewniała ją i brata, że ich za to nie wini.
- Atakujecie czy ja mam zacząć – spytała wodna zabójczyni wyraźnie wyglądając na nieco znudzoną.
- Mężczyzna nigdy nie zaatakuje kobiety pierwszy – krzyknął Elfmen nie mając zamiaru zrezygnować ze swych wartości.
- Skoro nalegasz – w oczach dziewczyny pojawił się ostrzegawczy błysk.
To co się stało później było tylko kwestią chwili. W jednej sekundzie Elfmen stał zasłaniając swym muskularnym ciałem siostry. W drugiej wychowanka wodnego smoka wystrzeliła ku niemu bardzo cienki, wodnisty promień. Atak wydawał się banalny. Niczego nie spodziewający mężczyzna nie ruszył się z miejsca. Chciał przyjąć cios by udowodnić swą siłę, odporność i męskość. Chciał udowodnić, że jest w stanie bronić swe siostry. Jednak w momencie, gdy zaklęcia go dotknęło ciało rosłego maga zmieniło się w wodę i rozpadło na wiele kropel pogrążając siostry w wielkim oszołomieniu. Ich brat właśnie rozpłyną się w powietrzu. Z oczu Lisanny momentalnie popłynęły łzy, a Mirajane zaczęła dygotać z wściekłości. Targana nienawiścią i rozpaczą przyzwała duszę demona i bez większego zastanowienia ruszyła na sprawczynie tragedii. Cel miała tylko jeden. Chciała ją zniszczyć, rozerwać na strzępy, zetrzeć na miazgę odpłacając za to czego właśnie była świadkiem. Po raz drugi przechodziła przez piekło, którym była świadomość, że bliska jej osoba znika bezpowrotnie na jej oczach. Z tym, że jej siostra wróciła, a teraz, gdy nie było już zagrożenia ze strony anim wiedziała, że straciła brata i chciała się zemścić. Mówiła to nie tylko jej demoniczna dusza ale też własne serce. Była osobą, która mogła wybaczyć bardzo wiele ale nie krzywdy wyrządzane jej rodzinie.
- Nie daruje – krzyknęła, a jej ciało spowił czerwony blask przerzedzany czarnymi promieniami.
Lisanna zasłoniła sobie usta ręką. Doskonale wiedziała co to będzie za dusza. Pierwsza demoniczna dusza jej siostry, której ta nigdy w pełni nie mogła kontrolować.

Natsu biegł polną drogą brodząc w obfitym błocie. Dotarcie tu bez pomocy Happy'ego trwało znacznie dłużej niż przepuszczał. Niebieski Exceed uczepiony jego pleców nadal nie był w stanie użyć swych skrzydeł. Deszcz widocznie w pewnym stopniu blokował jego magię. Na szczęście on sam nie odczuwał żadnych efektów ubocznych. Kłopot polegał na tym, że zupełnie nie wiedział dokąd iść. Zwykle w kwestiach lokalizacji polegał na własnych zmysłach. Teraz jednak musiał z tego zrezygnować. W idealnie wilgotnym powietrzu nie mógł się doszukać żadnego zapachu swych przyjaciół. Szedł na oślep czując się coraz bardziej zdezorientowany, gdy nagle do jego uszu dobiegł rozpaczliwy krzyk. Krzyk Lisanny. Wiedział, że jest blisko. Ruszył w kierunku źródła głosu nie zastanawiając się co może tam zastać. Drugi raz nie pozwoli jej odejść. Drugi raz jej nie zawiedzie. Nie tak jak wtedy.

Niecały miesiąc przed swą rzekomą śmiercią Lisanna spędzała wolny dzień nad brzegiem niewielkiej rzeki. Rysowała patykiem w piasku bliżej nieokreślone kształty gdy niespodziewanie coś małego uderzyło ją w plecy z takim impetem, że wpadła do wody.
- Sorki, Lisanna – powiedział Happy pośpiesznie wyciągając ją na brzeg – ćwiczyłem właśnie nowy ruch- zaczął z podekscytowaniem machając łapkami – Nazwę go „Maksymalne przyśpieszenie”. Muszę go tylko doszlifować. Ciągłe mam problemy z celnością i hamowaniem – stwierdził lodując obok niej.
- Na pewno ci się uda – Lisanna położyła mu rękę na łepki i delikatnie podrapała go za uchem – w końcu jesteś magiem Fairy Tail – uśmiechnęła się.
- Aye – przytaknął mrużąc oczy z rozkoszy. Uwielbiał gdy białowłosa go pieściła choć przed nikim by się do tego nie przyznał.
- Swoją drogą, gdzie zgubiłeś Natsu? Miał być tu z tobą – spytała młoda Strauss.
- Znasz go – niebieski kotek rozłożył łapki w geście kapitulacji – spotkał po drodze Gray'a i znów się zaczęło – westchnął.
Lisanna zachichotała i położyła się na trawie. W przeciwieństwie do starszej siostry, czy Erzy nie widziała w tych walkach nic złego. Wprawdzie zawsze coś w trakcie niej niszczyli ale dzięki temu w gildii było zawsze zabawnie. Przy tak nieprzewidywalnej gromadzie magów jaką tworzyli członkowie Fairy Tail nie sposób było się nudzić. Nie trzeba było jednak długo czekać, aż usłyszała znajomy głos.
- Jak ja nie cierpię tego palanta – oświadczył Natsu siadając obok niej po turecku – nie wiem co inni w nim widzą. Wkurzający gość – nawijał – Fakt umie przywalić ale jest tak tępy, że szkoda gadać.
Była przyzwyczajona do tego, że po każdej bójce przychodził do niej by wszystko skomentować. Oczywiście nigdy by się jej nie przyznał jak mocno od niego oberwał. Zresztą z magiem lodu było tak samo. Już dawna zrezygnowała z przekonywania ich, że tak naprawdę bardzo się lubią choć okazują to sobie w dziwaczymy sposób. Zresztą z Gray'em nie miała tak dobrych stosunków jak z Natsu z którym spędzała większość wolnego czasu.
- O co tym razem poszło – spytała przykładając mu mokrą szmatkę do sporego guza z tyłu.
- Właśnie przyszło zlecenie kierowane bezpośrednio do magów lodu i ten bezczelny typek od razu je wziął. Nie kumam czemu nie chcą by ktoś lepszy spalił ich problem – mówiąc to walną zaciśniętą, otoczoną ogniem pięścią w trawę.
- Natsu uważaj bo znów wywołasz jakiś pożar – ostrzegł go Happy.
Lisanna spojrzała na smoczego zabójce i od razu wiedziała o co naprawdę chodzi. Mimo, że za wszelką cenę starał się to ukryć wiedziała, że wykurza go nie samo zlecenie, a to, że jeśli Gray je poprawnie wykona prawdopodobnie zostanie też dopuszczony do egzaminu na maga klasy S. Mistrz od roku przydzielał punkty wszystkim ochotnikom zależnie od ich sukcesów na misjach. Tak się złożyło że teraz on i Natsu walczyli o ostatnie miejsce na teście. Misja Gray'a była wysoko punktowana i mało prawdopodobnym było by w najbliższym czasie trafiła się jakaś lepsza, odpowiadająca smoczemu zabójcy. Chyba, że...
- Skoro nie masz nic do roboty to może wybierzesz się ze mną, Mirą i braciszkiem Elfem na misję rangi S. Mamy za zadanie pokonać jakiegoś olbrzymiego potwora. Co ty na to – spytała z uśmiechem – Będziesz miał okazję udowodnić, że potrafisz ochronić swoją rodzinę – żartobliwie nawiązała do swej „małżeńskiej propozycji”.
- Było by super – ożywił się Natsu – tylko czy Mira się zgodzi – westchnął – jakoś nie odniosłem wrażenia by za mną przepadała.
- Nie martw się – pocieszyła go białowłosa – Ona tylko z pozoru jest tak ostra. To tylko maska. Tak naprawdę jest bardzo miła i wrażliwa.
- Skoro tak twierdzisz to na co czekamy – Natsu najwyraźniej napalił się już do tego pomysłu i pobiegł do gildii ciągnąc za sobą Lisannę i Happy'ego.

Natsu nigdy nie wydawał się tak podekscytowany. Po długich namowach jego i Lisanny Mirajane zgodziła się na to by im towarzyszył podczas misji. Nie rozumiał tylko czemu się tak dziwnie na niego patrzyła gdy mówiła, że „podczas takiej misji łatwo o wypadek podczas, którego ktoś może przypadkowo stracić życie.” Tak, czy inaczej żałował tylko, że nie poinformuje o tym Gray'a, który był już na swojej misji. Lisanna też tryskała radością. To miała być ich pierwsza wyprawa ich małej rodziny jaką tworzyli z Happy'm.
- Jak myślisz co będziemy musieli tym razem zwalczyć – spytała siadając obok Natsu z sporą tacą pełną ciastek.
- Nie mam pojęcia ale te ciastka wyszły ci rewelacyjne – powiedział z ustami pełnymi wypieków.
- Erza nauczyła mnie tego przepisu – szepnęła cicho by jej siostra tego nie usłyszała. Wiedziała, że nie była by zachwycona gdyby dowiedziała się że stara się zaprzyjaźnić z jej największą rywalką – jednak nie umiem tego robić tak doskonale jak ona.
- Jak dla mnie twoje są w dechę.. - naglę jego uwagę przykuła tablica ogłoszeń na której jedna z kelnerek wieszał nowe zlecenie – nie wierzę – krzyknął i zerwał się z miejsca by bliżej się przyjrzeć zgłoszeniu.
Mieszkańcy jakiegoś małego miasteczka alarmowali o pojawianiu się podejrzanej skrzydlatej bestii. Opisywano ją jako dużych rozmiarów latającą kreaturę, która władała ogniem. Nikt nie przeżył bezpośredniego spotkania ale istnieją liczne przepuszczenia, że może być to smok lub mu podobna istota. Nagroda za zlikwidowanie problemu nie była mała ale to go niezbyt interesowało. Sama możliwość spotkania smoka była dla niego tym czego od tak dawna wyczekiwał. Wątpił by był to Igneel ale jeśli był to inny smok to może wiedzieć co stało się z jego przybranym ojcem. Takiej szansy nie mógł odpuścić. Szybkim zdecydowanym ruchem zerwał ogłoszenie.
- Natsu coś się stało – spytała zatroskana Lisanna podchodząc do niego. Wtedy sobie uświadomił swój dylemat. Obiecał, że będzie ją chronić podczas misji ale teraz w takich okolicznościach... - Lisanna przepraszam ale chyba nie będę mógł ci towarzyszyć – spuścił głowę – wiem jak ci na tym zależało. Spodziewał się, że zacznie się na niego wydzierać jak Erza gdy zapomniał o obiecanych zakupach lub nawet go uderzy ale ona tylko go uściskała.
- Mam nadzieję, że tym razem go odnajdziesz – szepnęła uśmiechając się szczerze – wiem jak ci go brakuje – dodała.
Może właśnie dlatego tak ją lubił. Była zawsze taka spokojna i potrafiła odnaleźć się w niemal każdej sytuacji.
- W takim razie ja idę z tobą. Zwykle i tak nie uczestniczę w walce i tylko się przyglądam – oświadczyła niespodziewanie czego się nie spodziewał.
Te słowa zdezorientowały go na tyle, że dopiero gdy Happy poprosił go by kupił mu rybkę wrócił do rzeczywistości. Naprawdę bardzo lubił towarzystwo Lisanny ale to była spawa, którą chciał załatwić sam. Nie chodziło tu nawet o to że misja może być niebezpieczna, wierzył w siłę dziewczyny, ale jeśli teraz to był prawdziwy trop to chciał to wykonać na własną rękę.
- Wiesz – zaczął – ja chyba wybiorę się tylko z Happy'm.
- Ale dlaczego nie chcesz bym ci towarzyszyła – spytała ze zdziwieniem – bardzo chętnie poznam twojego tatę.
- A przed chwilę mówiłeś, że zabierasz ze sobą Happy'ego – przypomniała mu podczas gdy rzeczony kot tylko się im przypatrywał.
- Tak – zmieszał się chłopak – ale wiesz on jest jak rodzina. Obiecywaliśmy sobie, że się nie rozstaniemy. Zresztą obiecałam ci, że będę miał na niego oko.
- W porządku – uśmiechnęła się – życzę wam powodzenia – wtedy po raz pierwszy usłyszał w jej głosie zawód. Jednak nie miał już wyboru jak wyruszyć.

Misja okazała się kolejną zmyłką. Przez trzy tygodnie czaił się w nadziei że ujrzy smoka ale tym co terroryzowało mieszkańców okazał się nie on a jakaś ognista Harpia. Pokonał ją bez większego problemu jednak nie miał się czym cieszyć. Ogarneło go przytłaczające uczucie pustki. Najgorsze było nie uczucie własnego zawodu, a świadomość że mocno zawiódł inną osobę. Obiecał Lisannie towarzyszyć jej na misji by jej bronić, a jedyne co zrobił to ją zostawił.
- Ale wiesz, że byli z nią Elfmen i Mirajane – powiedział Happy gdy weszli na tereny Magnolii.
- Tak – powiedział Natsu zasłaniając się ręką przed padającym deszczem, który nawiedził miasteczko – muszę jednak jej to jakoś wynagrodzić.
- Chyba po raz pierwszy pomyślał logicznie – westchnął do siebie Happy.
Wkrótce stanęli przed drzwiami gildii. Zaskoczyła ich dziwna cisza. Zza wrót nie było słychać, ani śmiechów, ani odgłosów kolejnej bójki. To było tak nietypowe dla tego miejsca, że przez chwilę stali nieruchomo zastanawiając się co mogło się stać. Nim jednak zdążyli cokolwiek postanowić drzwi same się otworzyły pchane silniejszym podmuchem wiatru. Wewnątrz byli wszyscy choć nikt się nie odzywał. Kilka ponurych twarzy zwróciło się w ich stronę. Dopiero wtedy dostrzegł płaczących u boku mistrza. Potem padły te słowa, słowa, które zmieniły cały jego świat, Słowa, których nigdy nie zapomni.... „Lisanna nie żyje”.

Wszystko wtedy się zmieniło. Elfmen i Mirajane zaczęli się zupełnie inaczej zachowywać. Egzamin, który miał się odbyć wygrał jedyny, który się go podjął – kilkutygodniowy członek gildii Mystogan. Jeśli chodzi o niego to właśnie wtedy zaczął z całego serca bronić towarzyszy by nikogo więcej nie stracić. Kiedy tylko usłyszał, że jakiś członek gildii jest w tarapatach natychmiast śpieszył na pomoc nie bacząc na konsekwencje z których nieraz musieli go ratować inni członkowie gildii. Długo zastanawiał się co by było gdyby jednak z nią wtedy poszedł. Czy zdołałby ją ochronić, czy nadal byłaby z nim, czy jej rodzeństwo nie musiało by ukrywać smutku, a on sam nie czuł tej przytłaczającej samotności za każdym razem, gdy odwiedzał miejsce ich wspólnych zabaw. Nigdy nie zapomniał dnia w którym ją stracił, ani dnia w którym wróciła z Edolas cała i zdrowa. Wtedy też przyrzekł sobie, że chodziłby nie wiadomo co się działo nie da już jej więcej skrzywdzić. Teraz gdy usłyszał jej krzyk wszystko wróciło wzmagając złość na agresora. Jednak skoro ją słyszał musiał być już blisko. Przyśpieszył kroku podświadomie kierując się na polanę na której z ową dziewczyną uwielbili się niegdyś bawić. Miał racje. Lisanna cała blada z przerażenia trzymała się za zranioną nogę siedząc oparta o ich dawny, słomiany namiot. Nad nimi w powietrzu walczyły zawzięcie dwie osoby. Mirajane w jednej ze swych demonicznych form. Jednak wystarczył jeden rzut oka by wiedzieć, że się nie kontroluje. Była wściekła, a od aury którą roztaczała można było wyczuć nienawiść. Jej ataki były niesamowicie szybkie i potężne jednak przez brak kontroli nad dużą niszczyła tylko teren nie mogąc skupić się bezpośrednio na wrogu. Natomiast jej przeciwniczka sprawiała wrażenie jakby się dobrze bawiła. Z psychopatycznym uśmiechem na twarzy unikała jej ciosów pozwalając tym samym na spore zniszczenia okolicy. Uznał, że to dogodny moment na włączenie się do akcji. Najszybciej jak mógł podbiegł do Lisanny.
- Wszystko dobrze – spytał i nie czekając na odpowiedź podał jej Happy'ego – zaopiekuj się nim – poprosił w chwili gdy niekontrolowana kula cienia wystrzelona przez pozbawioną kontroli Mirajane przeleciała koło nich. Dopiero gdy kurz opadł zdał sobie sprawę w jakim stanie jest Lisanna. Wprawdzie poza zranioną nogą, która wyglądała na złamaną nie dostrzegał poważniejszych obrażeń to toczące się po jej policzkach łzy, mimo padającego deszczu nie mogły pozostać niezauważone. Była ona osobą, która bardzo rzadko płakała. We wszystkim starała się znaleźć jasną stronę, wszystkich akceptowała i było naprawdę niewiele rzeczy, które mogą doprowadzić ją do łez.
- Elfmen, ona go... - nie musiała kończyć. Wiedział o co jej chodzi. Brak jej brata nie mógł być przypadkowy. Nie miał wątpliwości co się stało. Oznaczało to, że nie może się teraz powstrzymywać. Musi ochronić Lisannę. Musi odeprzeć atak wroga Fairy Tail. Musi pomścić towarzysza. Pozostawał tylko jeden problem. Zupełnie nie wiedział jak powstrzymać Mirajane przed szaleństwem w które popadła przez przybraną duszę. Jednak on również był wściekły.
------------------------------------------------------------------------------------------------------ 
No i mam kolejny rozdzialik. prawdzie planowałam dłuższy ale po uzmysłowieniu sobie co planuje w niego wepchnąć uznałam że lepiej go podzielić. I tak chciałam go dać na Helloween.. ech muszę sobie dobierać lepsze terminy ... ciekawe czy do mikołajek się wyrobię z kolejnym. Jeśli widzicie gdzieś błąd interpunkcyjny, stylistyczny czy jaki tam jeszcze by był to piszcie śmiało.  Ostatnio mam trochę stresów i nie zdziwiłabym się gdybym coś przekręciła ^.^"

polski tytuł: Niebezpieczny deszcz

sobota, 17 października 2015

13.Zeni

Młoda, zakapturzona kobieta biegła przez ciemny las. Była już noc, a ona uciekała przed goniącymi ją magami. Wbiegając w boczną drogę udało jej się na chwilę zgubić. Chwilę nasłuchiwała upewniając się, że szybko nie zawrócą. Oparła się o pień drzewa łapiąc oddech i tuląc do siebie zawiniątko. Mała, niespełna półroczna dziewczyna z kilkoma pasemkami szkarłatnych włosków wystających spod płaszcza, którym była otulona zaczęła cicho kwilić. Kobieta delikatnie dotknęła palcami jej policzka starając się w ten sposób powstrzymać ją o płaczu.
- Cichutko, nie płacz – szepnęła kołysząc ją w ramionach – musimy być teraz cichutko bo nas znajdą.
Nagle serce podeszło jej do gardła, gdy usłyszała szelest deptanych liści. Mocno przycisnęła do piersi niemowlę. Przywarła do mnie drzewa wstrzymując oddech. Sekundy wydawały jej się wiecznością ale w końcu wśród leśnej roślinności pokazała się mordka niedźwiadka. Zwierzak wydawał się równie przestraszony jak ona. Wypuściła z ust powietrze osuwając się na ziemię. Nie dziwiła się mu. Jeśli spotkał tych co ją ścigali mógł się najeść takiego strachu jaki nadal jej nie opuszczał. Wprawdzie na chwilę ich zgubiła ale wiedziała, że prędzej czy później zorientują się, że wybrali niewłaściwą ścieżkę i zawrócą. Byli bardzo dobrzy w namierzaniu swoich celów, więc dzieliły ją od tego minuty, jeśli nie sekundy. Zebrała w sobie wszystkie siły i ruszyła dalej. Nie miała pojęcia dokąd zaprowadzi ją ta prawie zarośnięta ścieżka ale wiedziała, że przede wszystkim musi uchronić to małe dziecko, które tuliło się do jej piersi. Na szczęście nie płakała. Udało jej się jakoś zasnąć. Tym lepiej. I tak doświadczyła już tylu okropieństw choć tak niedawno pojawiła się na tym świecie. Drzewa rosły coraz gęściej i wkrótce musiała przestać biec. Przedzieranie się przez gąszcz z niemowlęciem nie było wcale łatwe. Jeden nieopatrzny ruch, a zwykły konar mógł poważne uszkodzić maleństwo. Szczelnie otuliła płaszczem kruszynkę i brnęła dalej. Po jakichś kilkudziesięciu minutach zaczęła dostrzegać światła z oddali. Czując nagły napływ ulgi i nadziei przyśpieszyła lecz w tej samej chwili, kilka metrów za plecami usłyszała ich głosy. Znaleźli ją. Była jednak zbyt blisko by się zatrzymać. Niestety przez panującą ciemność coraz trudniej było jej się orientować gdzie powinna stanąć, czego się złapać. Do tego dochodziło zmęczenie. Od ponad doby nie pozwalała sobie na odpoczynek. Uciekała wraz z dzieckiem, a oni ich ścigali. Nie mogła pozwolić by ich dopadły, nie mogła pozwolić by ich plan się ziścił.
- Myślałaś, że nam uciekniesz – nagły głos za jej plecami sprawił, że serce zamarło jej w piersi.
Powoli jakby w transie odwróciła się. Za nią stał cały oddział. Ich magiczna aura była tak silna, że ciernie same ustępowały im drogi. Wiedziała, że w walce nie ma z nimi najmniejszych szans. Instynktownie cofnęła się o kilka kroków trafiając placami na kolejne drzewo.
- Muszę ci pogratulować – odezwał się ich przywódca – wykazałaś się nie lada sprytem docierając aż tutaj. A teraz oddaj nam dziecko – ostatnie słowo wypowiedział twardym rozkazującym tonem.
Nie widziała co ma robić. Panika w końcu wzięła nad nią górę. Zrobiła nagły zwrot. Zbyt gwałtowny i nieprzemyślany. Potknęła się o korzeń i w prawie tym samym momencie dostała w plecy wrogim zaklęciem. Runęła w dół, upadek trwał dłużej niż się spodziewała. Spadała z jakiegoś wzniesienia. Panika znów w niej narosła. Mocno ścisnęła dziecko, które na powrót zaczęło kwilić. Nie mogła nic zrobić by uniknąć wypadku. Ostatnie co pamiętała to zderzenie się z taflą rwącej rzeki. Obudziła się po kilku godzinach. Wyczerpana i ledwo żywa. Z nieopatrzonej rany w dalszym ciągu sączyła się krew. Była słaba. Zdawała sobie sprawę, że wiele czasu jej nie zostało. Wiedziała, że zaklęcia, którymi posługują się ci co ją ścigali prawie zawsze niosą śmierć. Spojrzała na dziecko, które cudem pozostało w jej ramionach. Delikatnie położyła ją na trawie. Sama też chciała wyjść na brzeg ale nie miała tyle siły. Wtedy zauważyła zbliżającą się do nie postać. Z wyglądu wyglądała na starszą pensjonariuszkę jakiegoś domu opieki, a przynajmniej tego się domyślała po ubiorze owej kobiety. Starsza kobieta widząc ją podbiegła do niej z zatroskaną miną.
- Proszę, zaopiekujcie się moją Erzą.... - chciała powiedzieć coś jeszcze. Wyjaśnić choć trochę i ostrzec ale nie zdążyła. Odeszła, a jej ciało zabrała rwąca woda.

Szkarłatnowłosa czarodziejka obudziła się tłumiąc krzyk. Momentalnie porwała się z łóżka oddychając szybko. Czuła jak jej serce łomocze w klatce piersiowej. Odruchowo odgarnęła włosy opadające na czoło. Ten sen był taki realistyczny, a jednocześnie nie mogła oprzeć się wrażeniu, że tą małą dziewczynką naprawdę była ona. Nie mogła powstrzymać drżenia własnego ciała. Pokręciła głową nad własną głupotą. To naprawdę nie była najodpowiedniejsza chwila by analizować nocne wytwory jej umysłu. Dzięki podmianie szybko zdjęła z siebie ubrania i ruszyła w kierunku swojej łazienki. Miała nadzieje, że gorący prysznic pozwoli jej odzyskać równowagę.

Gray siedział przy jednej z ławek wpatrując się nieco nieobecnym wzrokiem w tablice ogłoszeń na, której wciąż przybywało ogłoszeń, których nie mogli się i tak podjąć. Teraz bez Natsu wzywającego do kolejnej walki i Juvii po raz kolejny chcącej zwrócić na siebie jego uwagę pewna myśl nie dawała mu spokoju. Jedno zdanie, które usłyszał podczas ostatniej misji w okolicach wioski słońca. Dziwna postać emanująca podejrzanej energią, której nie potrafił zdiagnozować powiedziała, że coraz bardziej upodabnia się do własnego ojca. Ojca, który przecież nie żył już od wielu lat. Został zabity przez Deliorę, a on był tego świadkiem.
- Chyba brakuje ci kogoś do walki – odwrócił się gwałtownie. Prawie zapomniał, że nie jest tu sam.
Obok niego stała Mirajane z kolejnym naręczem zleceń od ludzi, którym nie mogli na razie pomóc. Jak zwykle się uśmiechała. Wiedział, że też mocno przeżywa obecną sytuacje ale podobnie jak Erza była niezwykle dobra w maskowaniu swoich uczuć.
- Chyba żartujesz – prychnął siląc się na żartobliwy ton – mam tęsknić za tym ogniomiotnym głupkiem. Zastanawiam się tylko czy czegoś nie spalił. Ledwo nawiązaliśmy przyjacielskie relacje z Sabertooth i mam nadzieję, że niczego nie pomieszał.
- Tym bardziej ucieszysz się z wiadomości, że właśnie dzwonił Sting z informację że Natsu i Happy właśnie wyruszyli w drogę powrotną. Podobno mają nam coś ważnego do opowiedzenia.
Na twarz maga lodu wlała się częściowa ulga. Wprawdzie spodziewał się, że smoczy zabójca wróci z wyprawy w jednym kawałku ale przez ostatnie zdarzenia nie mogli być pewni niczego.
- Dodatkowo Porlyusica twierdzi, że odeśle do nas mistrza jeszcze dziś. Jak sama stwierdziła obecność trzech osób w jej posiadłości to znacznie za wiele – sprawiała wrażenie jakby chciała powiedzieć coś jeszcze ale się rozmyśliła.
Gray chciał już kontynuować rozmową drążąc zaczęty temat ale drzwi gildii się otworzyły i stanęła w nich Wendy. Wyglądała na mocno zaniepokojoną.
- Widzieliście może Carlę – spytała cicho, a w jej głosi pobrzmiewał niepokój – gdy się obudziłam jej nie było. Nie mogę jej nigdzie znaleźć. Zawsze czekała, aż wstanę by gdzieś wyjść – nerwowo przygryzła wargi czekając na odpowiedź.
- Z tego co wiem to rozmawia gdzieś z Lily'm – prychnął z drugiego kąta sali Gajeel żując kawałki metalu – spotkaliśmy ją idąc do gildii wyglądała na zaniepokojoną więc został by z nią pogadać – westchnął ciężko po czym posłał jej uważne spojrzenie – wszyscy zdajemy sobie sprawę z obecnej sytuacji ale nie możemy popadać w panikę. To tylko by wszystko pogorszyło – zawahał się po czym dodał – nie jestem dobry w pocieszaniu ale niedługo wpadnie tu salamander i oby zrobił to przez dziadziusiem bo wszyscy wpadniemy w kłopoty za nieposłuszeństwo.
- Nie zapominajmy o Juvii – dodał Gray – Mira, kontaktowałaś się już z Lamia Scale?
Młoda barmanka pokręciła tylko głową znów kryjąc swój smutek pod maską uśmiechu.
- Próbowałam ale nie można nawiązać połączenia ani z Ooba-samą, ani z samą Juvią. Jestem jednak pewna, że nic nikomu się nie stało. Nie zapominajmy, że są tam Lyon oraz inni potężni magowie – ponownie posłała im promienny uśmiech. Od domniemanej śmierci swojej siostry wzięła na siebie odpowiedzialność za to by nikt nie ronił niepotrzebnie łez. Odpowiedzialność, która kazała jej stać prosto nawet gdy jej wnętrze wrzało z nadmiaru emocji.

Tymczasem biała Exceed'ka wpatrywała się w płynące po gładkiej tafli rzeki łodzie. Dziś był wyjątkowo spokojny dzień ale zamiast się nim cieszyć jej myśli zaprzątała kolejna wizja. Zdarzało się już nie raz, że widziała nadchodzące katastrofy ale to co tym razem ujrzała było tak potworne, a jednocześnie niespójne, że nie mogła tego jasno opisać. Sama też musiała przyznać, że niewiele z tego zapamiętała. Po raz pierwszy nie rozumiała własnych przepowiedni. I nie chodziło tu o interpretacje, czy mylne założenia. Ona w pełni tego nie pojmowała. Wiedziała tylko jedno. To widmo nadciągające katastrofy.
- Skup się. Na pewno pamiętasz jakiż szczegół od, którego moglibyśmy zacząć dochodzenie. Bardzo możliwe, że to co ujrzałaś pomoże nam się bronić przed wrogiem – jako rozmówca Lily był bardzo dobry. Nie trajkotał jak najęty, ani nie sprawiał wrażenia, że zaraz zejdzie na temat rybek i schadzek. Powoli ale stanowczo choć subtelnie zachęcał ją do dalszej rozmowy. Miał racje nie może histeryzować. Musi to wszystko poukładać w logiczną całość i opowiedzieć innym co ujrzała.
Jellal nerwowo przewracał strony skradzionej przez nich księgi. Teraz gdy ukryli się przed magami, których infiltrowali mogli w spokoju przyjrzeć się jej zawartości. Jednak to nie było proste. Zupełnie nie rozumiał jej zawartości. Wszystko było opisane w nieznanym mu runicznym języku. Mógł jedynie zgadywać co oznacza po zamieszczonych w niej ilustracjach. Wśród nich była jedna do złudzenia przypominająca skamieniałą Ultear. Nieco wyblakły obraz przestawiał zastygłego w bezruchu młodzieńca z znajomą im gwiazdą wyrytą na czole. Wokół nieszczęśnika zebrał się tłum przerażonych gapiów. Był pewny, że przedstawia tą samą klątwę jaką została potraktowana ich towarzyszka. Gdyby tylko rozszyfrowali owo pismo może udało by im się choć jak konkretnie się owa nazywa. W dodatku informacja o upadku rady jeszcze bardziej wszystko komplikowała. Teraz kraj zacznie się pogrążać w chaosie. Nawet bez ataków kraj bez solidnej władzy chwieje się w posadach. Obawiał się, że następnym krokiem może być zamach na rodzinę królewską. Jako poszukiwani przestępcy nie mogli tak po prostu wejść do pałacu i zażądać widzenia się z królem. Jeśli chodziło o Tartarus również mieli związane ręce. Z tego co wiedział już wcześniej wynikało, że ich gildia wciąż zmienia położenie. Zresztą nawet gdyby było inaczej samotny atak na czołową mroczną gildię byłby równy z samobójstwem. Muszą poważnie się zastanowić nim podejmą kolejne działanie.
- Właśnie sobie przypomniałam – z rozmyśleń wyrwała go Meredy zbliżając się z tobołkiem zebranych owoców którymi mogli się posilić – że Juvia wspominała mi o umiejętnościach Levy. Ponoć nie było jeszcze języka, którego nie potrafiła by przetłumaczyć.
W magu natychmiast ożyła nadzieja. Już wiedział, że po raz kolejny skrzyżują swe ścieżki z Fairy Tail. Jednak jeszcze nie teraz. Wpierw muszą porządnie rozejrzeć się po okolicy. Minęła niecała doba od zniszczenia rady, więc owa wieść miała dość czasu by się roznieść po państwie. W takich okolicznościach mroczne gildie chętnie wypływają na wierzch. Wprawdzie są to tylko płotki ale o takie lepiej likwidować za czasu.

Erza delikatnym ruchem otworzyła drzwi do gildii. W innych okolicznościach powitał by ją pewnie gwar. Natsu toczył by kolejną walkę z Gray'em, Juvia ciągle by zapewniała o swej wielkiej miłości do maga lodu. Wszyscy żartowaliby i się śmiali. Teraz jednak było bardzo cicho. Rozejrzała się po zebranych. Wciąż brakowało kilku osób. Zwykle nie zwróciłaby na to uwagi ale niepokój o towarzyszy nie dawał za wygraną.
- Dobrze, że jesteś – podeszła do niej Levy. Drobna czarodziejka doszła już do siebie po ostatniej walce choć wciąż wyglądała na nieco osłabioną – Mam dobrą wiadomość – oświadczyła posyłając jej lekki uśmiech – Mistrz powinien być jeszcze dziś.
- To naprawdę dobra wiadomość – Erza poczuła przypływ otuchy – Miejmy nadzieje, że inni zdążą wrócić przed nim. Może być zły, że zignorowaliśmy jego rozkaz.
- Jeśli chodzi o salamandra jest już w drodze. Ten cały Sting pewnie miał go serdecznie dość choć osobiście zakładałem, że zabawi u nich dłużej – do rozmowy włączył się Gajeel rezygnując z wykręcania kolejnych śrub ze stołka.
- Jeden problem z głowy. O niego martwiłam się szczególnie – odetchnęła Erza siadając na wolnym miejscu.
Po chwili do gildii wszedł Kaishi widząc Erzę od razu posłał jej promienny uśmiech.
- Widzę, że masz się już lepiej – dosiadł się do niej od razu prosząc Mirę o coś do zjedzenia. Jego oczy wydawały się być nieco podkręcone – ale i tak coś cię trapi, prawda?
- Spałeś dziś – spytała go szkarłatnowłosa chcąc uniknąć rozmowy na temat jej nastroju.
- Chciałem ale niestety... - nie skończył. Nagłe trzaśnięcie drzwiami zmusiło ich do przerwania tej krótkiej wymiany zdań. W progu stał Natsu. Salamander sprawiał wrażenie podekscytowanego i zdenerwowanego jednocześnie.
- Gdzie jest Lucy – spytał na wstępie zupełnie ignorując pozostałych – kurczę tyle mam wam do opowiedzenia ale ona musi przy tym być – dalej rozglądał się po brze za blondynką.
- Od wczorajszej rozmowy z swoim Południowym Krzyżem jest załamana ale lepiej niech sama ci to wyjaśni – odezwała się Lisanna – z kolei ja nie widzę nigdzie Happy'ego. Coś go zatrzymało?
- Zobaczył Carlę i Lily'ego razem i postanowił.. jak to szło „Udowodnić, że bardziej się nadaje” Jednak nie mam pojęcia o co mu chodziło – stwierdził jak zwykle nieobyty w tych sprawach Salamander podczas gdy Elfmen wykrzykiwał coś o męskich sprawach jego Exceed'a
- Tak czy inaczej dobrze, że jesteś. Mistrz pewnie i tak się dowie o twojej wyprawie ale lepiej gdyby cię tutaj zastał – uśmiechnęła się Mirajane – Zastanawiam się jak idzie Juvii. Miejmy nadzieje, że nic jej nie jest.
- Nie bałbym się tak o nią – zwrócił się Gajeel – jeśli spotka kolejną kobietę pewnie uzna ją za rywalkę w miłości do naszego ekshibicjonisty – zaśmiał się delikatnie co zawtórowało mu kilku członków gildii.
- Przymknął byś się z tym – prychną nieco ostrzej niż zwykle Gray i ku zaskoczeniu wszystkich wyszedł z budynku.

Porlyusica gdy tylko zobaczyła, że radny odzyskał świadomość natychmiast wygoniła wszystkich z głównego pomieszczenia. Nie cierpiała jak ktoś pałętał się jej pod nogami podczas gdy ona zajmowała się chorym. Doskonale wiedziała, że zaraz zaczęli by go zasypywać pytaniami na temat ostatnich okoliczności, a nie mogła dopuścić by go jeszcze zamęczali. Miała swoje zasady w opiece nad chorymi i nie ważne kim by był ów poszkodowany nie zamierzała pozwolić na ich złamanie.
- Chyba powinienem wam coś wyjaśnić – zaczął Guran ale uzdrowicielka zatkała mu usta termometrem.
- Jeszcze nie teraz – fuknęła poirytowana – najpierw trzeba zrobić coś z twoją gorączką. Straciłeś sporo krwi i chyba złapałeś jakiegoś wirusa. Zlikwiduję go jak tylko dowiem się jaki to konkretnie.
- Nie mogę czekać już i tak za długo z tym zwlekałem – delikatnie ale stanowczo odsunął jej rękę kiedy zamierzała zmienić mu okład – Powinienem powiedzieć to od razu gdy.. - szukał odpowiedniego słowa – ten cały raban z smokami, czasem i tym wszystkim. Zasługiwaliście jednak na wypoczynek. Wystarczyło, że musieliśmy przełożyć bal ku czci zakończenia igrzysk. Miał się odbyć za niecały miesiąc ale wątpię by w tych okolicznościach cokolwiek było pewne.
Porlyusica pozwoliła mu kontynuować monolog, a gdy tylko skończył pokręciła znacząco głową. To i tak nie zmieniało ich obecnej sytuacji. Odwróciła się w stronę bocznych drzwi i gestem zaprosiła stojącego za nimi starca.
- Dobrze wiem, że cały czas słuchasz, więc jeśli musicie to porozmawiajcie teraz, a potem nie przeszkadzajcie mi w pracy – powiedziała nie kryjąc wcale niezadowolenia. Najchętniej wcale nie kontaktowałaby się z innymi ludźmi ale przez wzgląd na więzi z Fairy Tail nie mogła ich całkowicie ignorować.
- Dziękuję za zrozumienie – powiedział Makarov podchodząc do łóżka i siadając na krześle obok – Doranbolt nie powinien nas podsłuchiwać. Jest na to zbyt lojalny – dodał, gdy chciała zamknąć drzwi – Mów, ale proszę nic nie koloryzuj. Lepsza jest najgorsza prawda niż najpiękniejsze kłamstwo.
- Dobrze – zgodził się przewodniczący – muszę zacząć jednak od początku. Od czasów, które pamięta już niewielu z żyjących ale to niezbędne byście zrozumieli – po tych słowach zaczął mówić o wszystkim. Z jednej sprawy bał się ich reakcji, z drugiej cieszyło go że wreszcie może zrzucić ciężar tej tajemnicy.

Jakiś czas później Erza i Kaishi spacerowali drogi ku pobliskiej łące. Powietrze było bardzo rześkie, zanosiło się na deszcz, więc chcieli wykorzystać resztę dobrej pogody nim będą musieli skupić się na rzeczywistych sprawach.
- Jest coś co chciałabyś powiedzieć – spytał Kaishi spoglądając na szkarłatnowłosą. Wojownicza czarodziejka sprawiała wrażenie jeszcze bardziej nieobecnej niż zazwyczaj. Od chwili, gdy opuścili budynek gildii nie odezwała się ani słowem.
- Ziemia do Erzy, czy ten naszyjnik jednak ci coś namieszał w głowie – zaśmiał się i żartobliwie pstryknął jej przed oczami palcami, gdy ta nadal nie reagowała.
- Nie, jest w porządku – potrząsnęła głową wyrywając się z zamyślenia – można powiedzieć, że to wszystko przez ten dziwaczny sen. Chyba za dużo o nim myślę.
- A coś konkretnego w nim się działo. W sensie czy myślisz, że było to coś w rodzaju wizji – spytał z wyraźnym zainteresowaniem Kaishi – bo chyba sama wątpisz by był to normalny sen.
- Mówiłeś wcześniej, że ten wisiorek może prowadzić do ujawnienia prawdy o sobie – zapytała dotykając palcami wiszącej na jej szyi ozdoby – śniła mi się moja wioska może bym to zignorowała al był tam ktoś jeszcze – bardzo chciała powiedzieć „moja matka” ale nie była tego pewna. Nie znała swoich korzeni. Opiekunka domu w którym się wychowała też nic jej o tym nie mówiła. Możliwe, że sama nie wiedziała ale ten sen wystarczył by zaczęła rozmyślać o swoim pochodzeniu.
- Wiesz – zaproponował Kaishi gdy weszli na szczyt Magnoli'skiego wzgórza – może, gdy już się wszystko uspokoi odwiedzimy twoje, że tak powiem, dziecięce strony. Może została tam jakaś wskazówka, która pozwoli ci dowiedzieć się czegoś więcej.
Może fakt, że nie naciskał by powiedziała mu coś więcej, a mimo to chciał jej pomóc skłonił ją do melancholicznego uśmiechu.
- Dziękuję ale to sprawę powinnam chyba rozwiązać sama – stwierdziła przenosząc wzrok na płynące po niebie chmury. Było tak spokojnie ale przypominało jej to też ową noc podczas, której doszło do ataku na Laki. Wtedy też tak było.
- Nie będę naciskał ale myślałem, że we dwoje łatwiej będzie nam wyruszyć nie wzbudzając podejrzeń twoich nadpobudliwych przyjaciół.
Słysząc to Erza mimowolnie się zaśmiała. Znała Natsu i Gray'a od lat i dobrze wiedziała, że gdyby miała gdzieś pójść w towarzystwie jedynie Kaishi'ego zaczęli by snuć swoje teorie podczas, których znów wdali się w kolejną bójkę o swoje racje. Nawet już słyszała w myślach jedno z ulubionych powiedzonek Happy'ego „Oni się lllubią”. Jednak wiedziała, że prędzej czy później powinna wrócić do Rosemary. Sama lub w towarzystwie przyjaciół.

Lucy wpatrywała się w horyzont za oknem. Coś jednak nie pozwalało jej cieszyć się tą piękną pogodą. Jej klucze, duchy bram zodiaku, których traktowała jak rodzinę byli czymś zakażeni. W dodatku ona sama nic nie mogła na to poradzić. Lisanna i Levy obiecały jej pomoc ale skoro sam Crux nic konkretnego nie wiedział wątpiła by szybko coś znalazły. Dobijało ją to, że w takim stanie nawet nie pomoże przyjaciołom w grożącej im walce. Znów będzie tą, którą trzeba ratować z opresji.
- Jak dobrze wrócić – usłyszała zza sobą znajomy głos. Raptownie się odwróciła. Jak przepuszczała zastał ją widok Natsu wylegującego się w jej łóżku.
- Co ty tutaj robisz – warknęła rozgoryczona. Był ostatnią osobą, którą chciała tej chwili zobaczyć. Nie dość, że to właśnie on zwykle ją bronił to na pewno nie będzie w stanie zrozumieć spraw gwiezdnych duchów. Był silnym magiem jeśli idzie o walkę, ale tu potrzebne jest logiczne myślenie, a nie nawalanka o której zawsze się pali.
- Właśnie wróciłam i mam coś ważnego do powiedzenia – oświadczył starając się zachować powagę ale widać było, że jest równie podekscytowany tym czego się dowidział. Znała go już na tyle dobrze, że mogła przepuszczać niż dotyczy to siły przeciwnika lub czegoś podobnego.
- Czyżbyś walczył ze Stingiem – spytała nie kryjąc irytacji. Teraz zdecydowanie nie miała nastroju na wygłupy.
- Chciałem ale nie było na to czasu – Natsu całkowicie rozwalił się na jej łóżku – pojawiła się kolejna osoba od nich i była diabelnie silna.
- I co walczyłeś z nią - mimo frustracji zainteresowała się tym faktem – jakoś nie widzę byś był szczególnie ranny – zauważyła.
- Bo nie walczyłem. Chcieli sami załatwić sprawy swojej gildii – powiedział wpatrzony w sufit – Normalnie była nie do pokonania ale na szczęście Yukino nas obroniła.
- Pokonała kogoś od tej gwiazdy? – Lucy nagle się ożywiła. Obie dzieliły tą samą magię i jeśli dowie się czegoś więcej może jednak będzie mogła się przydać.
- Właściwie to nie ale była niesamowita – stwierdził – jednak to o nią im chodziło. Po walce tak jakby dotknęła jej głowy po czym powiedziała coś o testowaniu i znikła. Rouge myśli, że może przyjść w tej samej sprawie do nas.
- Ale co z Yukino. Zabiła ją? - zaniepokoiła się Lucy.
- Kiedy wracaliśmy z Happy była nadal osłabiona ale przytomna. To ona poprosiła bym jak najszybciej cię ostrzegł.
Lucy poczuła dreszcz przebiegający po jej ciele. Ktoś ma przyjść po nią. Teraz gdy nawet nie mogła się bronić, teraz gdy nie wie zupełnie co robić miała stać się celem kolejnego ataku? Chciała zapytać o coś jeszcze ale usłyszała chrapanie. Natsu nie pierwszy już raz zasnął w jej łóżku.
- Nie pozwolisz mnie skrzywdzić, prawda? – spytała szeptem delikatnie zakrywając go kołdrą.

Carla szła pośpiesznie drogę ku gildii słysząc za sobą pośpieszne kroki Happy'ego. Ten irytujący ją samiec znów się jej uczepił teraz jeszcze ubzdurawszy sobie że ma romans z Lily'm. Dlatego właśnie nie chciała go wtajemniczać w swoje wizje. Podobnie jak Natsu był zbyt narwany i myślał zdecydowanie jednokierunkowo wciąż mieszając w każdą sprawę ryby.
- Proszę powiedz chociaż dlaczego jesteś taka nerwowa – usłyszała za sobą niemal błagalną prośbę.
- Wpierw muszę powiedzieć o tym mistrzowi on zadecyduje czy inni też mają to usłyszeć – przystanęła – poza tym nie było cię wtedy przy mnie więc się nie dziw, że szukałam wsparcia u kogoś innego – sama nie wiedziała czemu wypowiedziała to zdanie ale po prostu musiała coś z siebie wyrzucić.
- O czym masz mi powiedzieć moja droga? – zamilkli. Za nimi stał mistrz. Mimo dość krótkiej nieobecności sprawiał wrażenie jakby postarzał się co najmniej o dekadę – a raczej powinienem spytać. Jak potworną miałaś wizję?

Wiadomość o powrocie mistrza rozeszła się błyskawicznie. Wszyscy niezwłocznie zebrali się w gildii by wysłuchać tego co ma im do powiedzenia. Wpierw musieli jednak poczekać, aż skończy rozmawiać z Carlą. Osobami obecnymi przy owej rozmowie byli Erza, Mirajane, Laxus oraz Kaishi, który mimo krótkiego pobytu w gildii zdołał wzbudzić zaufanie innych na tyle, że sam mistrz nie zamierzał kryć przed nim owych informacji.
- Nie kumam czemu jego dopuścili do tej rozmowy, a my musimy tutaj stać jak ostatnie matoły – rzekł nadąsany Natsu.
- Przed chwilą sam mu powiedziałeś, że ty i Juvia zignorowaliście jego zakaz – przypomniał mu Gray – na twoim miejscu bałbym się już jaka kara was czeka.
- Ale Juvia jeszcze nie wróciła – odezwał się Happy odrywając odwiecznych rywali od wdania się w kolejną bójkę – jak myślicie czy coś ją zatrzymało?
- Nie chcę być czarnowidzem – warknął z drugiego końca Gajeel – ale skoro coś przyszło, gdy salamander gadał z szablozębnymi to jest prawdopodobne, że coś podobnego spotkało naszą deszczową panienkę.
- Gajeel nie mówisz chyba poważnie – spytała z przejęciem Levy.
- Ty tu jesteś najmądrzejsza, prawda – westchnął smoczy zabójca – nikt z nas tego nie chce ale chyba lepiej być szczerym w obecnej sytuacji.
Mięśnie miał napięte. Był najspokojniejszym z smoczych wychowanków ale i na nim owa sytuacja się odbijała. Nie doszło wprawdzie jeszcze do kolejnego zgonu ale nadal też nie wiedzieli nic konkretnego o wrogu. Nawet Kaishi, który podobno ich śledził nie mógł powiedzieć nic co by im pomogło. Nawet nie zauważył, gdy rozgniótł trzymaną w dłoni szklankę. Przez chwilę pozwalał swojej krwi swobodnie ściekać na stół. Najchętniej też by gdzieś wyruszył ale sam nie wiedział gdzie by powinien pójść.
- Mam nadzieję, że teraz gdy mistrz wrócił pozwolą nam iść na misję – westchnął pozwalając Wendy zająć się jego dłonią.
- Naprawdę chcesz teraz gdzieś iść. Przecież może być to niebezpieczne – Levy nie kryła zaskoczenia.
- Laki podobno też była bezpieczna w akademiku – spojrzał na nią znacząco.
- Patrzcie zanosi się na spory deszcz – rozmowę przerwał stojący na parapecie Lily wpatrzony w okno. Tuż za nim rozciągała się wielka deszczowa chmura.
- Może to tylko Juvia – zaczął Happy – jeśli stało się coś złego to mogła..
- Nie to nie chmura Juvii – drzwi gildii się otworzyły i stanęła w nich Lockser – To nie Juvia ją sprowadziła.
Nim ktokolwiek zdążył zareagować na jej powrót z gabinetu obok otworzyły się i wyszedł z nich mistrz, a za nim pozostali członkowie zebrana. Od razu było widać, że sytuacja była poważna. Erza wyglądała na bardzo bladą, Mirajane się nie uśmiechała, Laxus miał twarz nie wyrażając żadnych emocji, a Kaishi sprawiał wrażenie głęboko zamyślonego. Carla wyszła na końcu od razu pozwalając Wendy się do siebie przytulić.
- Nie sądzę by to był twój deszcz, moja droga – powiedział dziwnie łagodnie Makarov przenosząc wzrok w widok za oknem – to co teraz widzimy wygląda na działanie bardzo mrocznych sił. Uwierzcie mi dzieciaki to nie będzie zwykły deszcz. Możecie szykować się do walki.
------------------------------------------------------
Pl.Sen
Cóż rozdziałek miał odbyć się czwartego października na moje urodziny ale niestety plany pokrzyżował poprzedni zapis, który postanowił zwiać mi z dysku. No ale udało i się jakoś odtworzyć ^^